Autor: Anna Śliwa | 7 stycznia 2014

Dookoła Bałkanów (cz. 3) – Albania

Dookoła Bałkanów (cz. 2) – Czarnogóra

Podróż przez północną część Albanii przebiegała najmniej planowo z całego naszego wyjazdu. Ale też nie do końca wiedzieliśmy czego się możemy spodziewać. Relacje słyszeliśmy skrajnie różne, od zapewnień, że jest „po europejsku” po określenia „dziki kraj”. Z poprzedniego pobytu, a właściwie przejazdu przez Albanię w 2009 roku pamiętam przede wszystkim fatalne drogi oraz potężny rozgardiasz panujący w miastach, a szczególnie w ruchu ulicznym. Co do pierwszego, po czterech latach stan uległ widocznej, a nawet szokującej poprawie. Co do drugiego… jakby to ładnie ująć… jest malowniczo i na pewno fascynująco.

Droga do Theth

Droga do Theth

Z Czarnogóry wjeżdżaliśmy do Albanii przejściem w Hani i Hotit. Różnicę w porównaniu z tym co pamiętam z poprzedniego przejazdu tędy odczułam od razu. Jest droga! Asfaltowa, równa jak stół. W 2009 roku był tu szutr z masą dziur. Cóż za zaskoczenie. Dalej wcale nie było gorzej. Porządna droga zawiodła nas do Koplika, gdzie mimo niedzieli panował ożywiony ruch. Tutaj też mieliśmy przedsmak tego jak wyglądają centra miast. W pierwszej chwili Kuba, który był naszym kierowcą przeżył małe załamanie nerwowe i niemal stwierdził, że dalej nie pojedzie bo się boi. Tu konieczna jest niewielka dygresja, ponieważ kwestia ruchu ulicznego przewijała się cały czas podczas naszego pobytu w Albanii.
Przede wszystkim trzeba sobie zdać sprawę, że do początków lat dziewięćdziesiątych XX wieku Albania była najbardziej zamkniętym i izolowanym państwem w Europie. Jej przywódca Enwer Hodża postanowił stworzyć państwo samowystarczalne i gotowe na atak z każdej strony. Jego następcy próbowali nieco rozluźnić sytuację ale przy zdewastowanej gospodarce i pustkach w państwowej kasie było to bardzo trudne. Ten przydługi wstęp jest konieczny by zrozumieć dwie rzeczy – skąd w Albanii tyle bunkrów i dlaczego jeszcze do niedawna nie było tam praktycznie dróg a ruch samochodowy jest tak chaotyczny.

Bunkier w rejonie granicy z Macedonią

Bunkier w rejonie granicy z Macedonią

Według Hodży wysiłki państwa miały być podporządkowane obronności. Każda rodzina miała mieć swój własny bunkier. Budowano je także we wszystkich miejscach które mogły (czasem tylko w urojeniach przywódcy) stanowić cel ataku. Natomiast samochody mogło posiadać tylko wojsko i władze. W związku z tym drogi były zwyczajnie niepotrzebne. Skoro ludność i tak poruszała się na osiołkach to utrzymywano jedynie strategiczne z punktu widzenia wojskowości szlaki komunikacyjne. Po przemianach ustrojowych Albańczycy zaczęli kupować samochody. Były i są to nadal stare Mercedesy sprowadzane z Niemiec. To obecnie główny środek transportu przeciętnego Albańczyka. Oczywiście nowobogaccy posiadają ogromniaste limuzyny albo samochody terenowe ale zobaczyć je można przede wszystkim w większych miastach. Masowy zakup samochodów spowodował konieczność wydawania praw jazdy. Nikt się zbytnio nie przejmował egzaminami czy nauką jazdy. Efekty widać na każdej drodze, a w miastach przeistacza się to w kontrolowany chaos, który ogarnąć są w stanie jedynie miejscowi. Chociaż Kuba naprawdę się starał i pod koniec podróży przez Albanię wiedział już nawet kiedy trąbić i w jaki sposób.

Prokletije

Prokletije

Ale wróćmy do Koplika. Zrobiliśmy zakupy i ruszyliśmy w stronę gór Prokletije. To one były naszym pierwszym albańskim celem. Znajdują się na pograniczu z Czarnogórą i zachwycają swoją niedostępnością oraz strzelistością. Bardzo dobra początkowo droga zawiodła nas szeroką śródgórską doliną do Boge. Tu jednak „skończył się dzień dziecka”. Asfalt początkowo przeszedł w szutr ale bardzo równy i ubity. Jednak im wyżej tym było gorzej. Dodatkowo pojawiło się mnóstwo sprzętu świadczącego o prowadzonych pracach remontowych. I tak wspinaliśmy się stromymi zakrętami zastanawiając się czy uda nam się dojechać do Theth. W pewnym momencie droga zaczęła być zwyczajnie niebezpieczna więc zatrzymaliśmy się i postanowiliśmy podejść wyżej aby sprawdzić jak się ma sytuacja. Jakież było nasze zdziwienie, gdy zza następnego zakrętu wyłonił się stojący na poboczu samochód o jeszcze niższym zawieszeniu. Nawet nie musieliśmy patrzeć na tablice… tak, to także byli Polacy. Poinformowali nas, że przejeżdżający wcześniej właściciele terenówek musieli zawrócić i nie dojechali do Theth. Po dłuższej naradzie Kuba uznał jednak, że spróbuje. Minęli nas jeszcze mili Czesi kręcący głowami z podziwu, ale raczej nad naszą głupotą oraz Amerykanie doradzający w wolnym tłumaczeniu „zabierać stąd nasze tyłki póki są w całości”. Ale powolutku, pomalutku… i udało się wjechać na Przełęcz Buni i Thores. Tu jednak musieliśmy się poddać. Zjazd do wsi wyglądał jak sito, a kamienie na pewno rozwaliłyby nam podwozie.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz również




strzałka do góry