Autor: Anna Śliwa | 7 stycznia 2014

Dookoła Bałkanów (cz. 3) – Albania

Zaczęliśmy wędrówkę w stronę Korabu. Od razu też natknęliśmy się na dużą tablicę informującą, że rok wcześniej szlak na szczyt wyznakował Polski Klub Alpejski. Żółto-czerwone znaki pojawiały się początkowo dość gęsto, by niespodziewanie na skrzyżowaniach ścieżek zanikać. W dalszej części wędrówki kilkakrotnie mieliśmy okazję zastanawiać się jak „dobra i głęboka” była współpraca z Albańczykami podczas znakowania i co też chłopaki pili na wzmocnienie. Niemniej szlak mocno nam pomógł w wędrówce. Kilkakrotnie spotykaliśmy pasterzy ze stadami, a krajobrazy przypominały nam połączenie Tatr Zachodnich z Bieszczadami. Jednak koło południa sytuacja pogodowa zaczęła się zmieniać na gorsze. Kiedy wyszliśmy na ostatnie wypłaszczenie przed Korabem góry już nie było widać we mgle. Nieco wyżej na przełęczy zaczął się drobny deszczyk połączony z niewielkimi kuleczkami lodu. Decyzja mogła być tylko jedna. Odwrót. Z ciężkim sercem, ale rozsądek zwyciężył. Schodząc do Cernjeve zostaliśmy po raz kolejny zaskoczeni. Tym razem przez mieszkańców. Co chwilę ktoś podbiegał do nas podając a to garść śliwek, a to pieczoną kolbę kukurydzy. Ponieważ wszyscy mówili po albańsku, a jest to język niepodobny do niczego zostało tylko kłaniać się w pas i dziękować na migi.

Góry Korab

Góry Korab

Kolejną noc spędziliśmy znowu poniżej Cernejve przy akompaniamencie bębnów. Natomiast o poranku zanim jeszcze zdążyliśmy się spakować rozpoczęła się ulewa połączona z burzą. Potężna. Śniadanie jedliśmy w samochodzie, namioty zwijaliśmy w strugach wody. Ruszyliśmy, ale nie ujechaliśmy zbyt daleko. Po 20 kilometrach okazało się, że spływające z gór potoki naniosły na drogę prawie metr żwiru, piasku i kamieni. Nie było szans na przejazd w stronę Kukes. Z duszą na ramieniu zawróciliśmy i zaczęliśmy jechać tą samą drogą, którą przyjechaliśmy. W strugach deszczu, omijając co większe zniesione na drogę kamienie zjechaliśmy w okolice Burrel. Tu deszcz się uspokoił i zaczęły pojawiać się przebłyski słońca. Kiedy dojeżdżaliśmy do Kruji na północ od Tirany słońce świeciło już w pełniej krasie.
Do położonego na półce skalnej miasta Kruja przyjechaliśmy ze względu na znajdujący się tu „Zamek Skandenberga”, jednego z wielkich albańskich bohaterów. Z oryginalnej średniowiecznej budowli zachowało się niewiele. Główny gmach wzniesiono za czasów Hodży, a projektantką była jego córka. Wyszło… cóż monumentalnie i to jedyne słowo, którym da się delikatnie określić tę budowlę. Poniżej zamku cięgnie się uliczka, gdzie kupić można wyroby rękodzieła ludowego oraz najróżniejsze starocie. Działają tu także warsztaty, w których ręcznie wykonuje się dywany. Cena 20 euro za takie cudo nie jest zbyt wygórowana.

Zamek w Skanderbega w Kruji

Zamek w Skanderbega w Kruji

Ponieważ po górskich przygodach byliśmy nieco brudni postanowiliśmy znaleźć miejsce na nocleg z dostępem do ciepłej wody. Udało się zaraz za Krują. Przy pensjonacie zobaczyliśmy neon Camping. Przystrzyżony kawałek ogrodu z dostępem do łazienki i prysznica zaspokoił nasze potrzeby. Namioty schły spokojnie, my odskrobywaliśmy się z brudu, a po chwili na podwórze wjechał samochód na wrocławskich numerach. Polacy są wszędzie.

Plac Skandenberga w Tiranie

Plac Skandenberga w Tiranie

W ostatnim dniu albańskiej przygody skierowaliśmy się do stolicy. Miasto rozlewa się na wszystkie strony w nieco bezładnej zabudowie. Ruch i harmider na ulicach nie ma sobie równych. Samochody, motocykle, osły, rowery, ludzie zatrzymujący się na środku pasa ruchu by porozmawiać ze znajomym. Powoli zaczynaliśmy przywykać. Samo centrum Tirany nie jest szczególnie zachwycające. Jednak połączenie pochodzących z dwudziestolecia międzywojennego budynków rządowych w stylu włoskim, z potężnym pomnikiem Skandenberga, meczetem i architekturą socrealistyczną tworzy ciekawą mieszankę kulturową. Ponad nimi wznosi się w niebo nieukończony „pierwszy albański drapacz chmur”. Po spacerze deptakiem i wypiciu kawy w niewielkiej knajpce w parku skierowaliśmy kroki do Meczetu Hadżi Beja. Jego wnętrze, całe w misternych malowidłach roślinnych sprawiło, że niemal odebrało nam głos z zachwytu. Dla tego miejsca naprawdę warto odwiedzić Tiranę.

Meczet Ethem Beja w Tiranie

Meczet Ethem Beja w Tiranie

A potem ruszyliśmy w stronę Elbasan, nową autostradą, której nie ma nawet na najnowszym wydaniu mapy. Jeszcze rzucił nam się w oczy potężny koń trojański stojący przy drodze, jeszcze zauważyliśmy kolejną grupę tradycyjnie ubranych kobiet a drogą przeszedł pasterz ze stadem kóz i owiec, jeszcze zakupy na bazarze owocowo-warzywnym. No i oczywiście obowiązkowa sesja zdjęciowa z bunkrami.
Kierowaliśmy się w stronę granicy z Macedonią nad jeziorem Ochrydzkim. Kłębiące się ponad nami i coraz bardziej granatowe chmury nie wróżyły niczego dobrego…

Dookoła Bałkanów (cz. 4) – Macedonia i Serbia

Przeżyte i opisane przez: Anna Śliwa

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz również




strzałka do góry