Autor: Anna Śliwa | 24 stycznia 2014

Dookoła Bałkanów (cz. 4) – Macedonia i Serbia

Dookoła Bałkanów cz. 3 – Albania

Albańsko-macedońskie przejście graniczne było jedynym podczas całego pobytu, na którym spotkaliśmy się z bardziej nasiloną kontrolą. I to jaką. Dość długie sprawdzanie dokumentów, zaglądanie do bagażnika i obszukiwanie całego samochodu przez psa. Jak się domyśliliśmy szukano narkotyków. Procedura chyba standardowa bo pies cały czas siedział przy budce pograniczników.
Przekroczenie granicy z Macedonią nie spowodowało niestety gwałtownej poprawy pogody. Za to droga stała się znacznie bardziej wyboista. Ciemne chmury nie wyglądały specjalnie zachęcająco zasłaniając częściowo widoczne na horyzoncie góry. Przezierające od czasu do czasu Jezioro Ochrydzkie miało stalowy kolor i w niczym nie przypominało folderów turystycznych.

Jezioro Ochrydzkie widziane z klasztoru św. Nauma

Jezioro Ochrydzkie widziane z klasztoru św. Nauma

Ruszyliśmy przez Strugę do Ochrydy. Miasto przywitało nas ulewą. Tak potężną, że przez prawie pół godziny siedzieliśmy w samochodzie przed bankiem bo wyjście na zewnątrz było niemożliwe. Po wymienieniu pieniędzy postanowiliśmy zwiedzić Ochrydę. Pogoda niezbyt zachęcała, było ponuro i co jakiś czas kropiło. Jednak mimo niesprzyjającej aury miasto nas zachwyciło. Jego stara część wpisana jest na listę UNESCO. Urokliwe białe domy z wysuniętymi piętrami, wąskie uliczki połączone schodkami, ukryte wśród zabudowy stare kościoły, a w dole wody jeziora. Niestety tego dnia dość szarego. Musieliśmy oczywiście skierować nasze kroki ku kościółkowi Iovan Kaneo, który trafia zawsze do folderów reklamujących Macedonię. Położona na cyplu nad błękitnymi wodami jeziora, zbudowana z cegły niewielka świątynia to wizytówka kraju. Tym razem jednak sporo uroku odebrała mu brzydka pogoda.

Cerkiew św. Jana Teologa w Kaneo

Cerkiew św. Jana Teologa w Kaneo

Ponieważ Ochryda bardzo nam się spodobała, a w zapasie mieliśmy jeden dzień postanowiliśmy, ze zostaniemy w tej okolicy dłużej niż planowaliśmy. Jednak początkowo najbardziej palącą potrzebą okazało się znalezienie miejsca na nocleg. Według map oraz informacji turystycznej nad brzegiem jeziora znajduje się kilka kempingów czynnych do końca września. Kempingi owszem są ale od 1 września nieczynne. Trochę nam to pokrzyżowało plany ale uznaliśmy, że na pewno znajdziemy jakieś miejsce nad wodą żeby rozstawić namioty. Szukanie szło trochę opornie, bo wszędzie gdzie brzeg był równy znajdowały się ogrodzone plaże. Ale los i tym razem był łaskawy. Namierzyliśmy jedną z otwartym wejściem. Pod zadaszeniem w letnim barze siedział zarządca z kolegą. Po krótkiej rozmowie pozwolili rozstawić namioty. Miejsce świetne, trawa, zadaszona wiata z ławkami, obok sanitariaty. I to wszystko za darmo. Pogoda jednak była coraz gorsza. Zacinający deszcz, wiatr, zrobiło się też zimno. Panowie patrzyli na nas ze współczuciem.
I wtedy w ich głowach narodził się pomysł. Trochę po rosyjsku, trochę na migi, trochę w ogólno zrozumiałym narzeczu słowiańskim zaczęli tłumaczyć, że po co mamy rozbijać namioty na wietrze i deszczu skoro możemy to zrobić… pod wiatą. Pomysł choć niecodzienny okazał się jednak całkiem niezły. Wichura jaka przetoczyła się tej nocy nad brzegami jeziora należała bowiem do całkiem solidnych. W prawdzie namioty pod dachem wyglądały dość komicznie ale dzięki temu było sucho i ciepło.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz również




strzałka do góry