Wiedeń w pigułce

Autor: Dominika Polok, Licencja: Copyright

Bardzo szybko przekonaliśmy się też, że komunikacja miejska w stolicy Austrii jest świetnie zorganizowana. Pięć linii metra dociera niemal wszędzie, a pociągi kursują co 2-6 minut. Jeżeli gdzieś nie dociera metro, to na pewno można tam dojechać tramwajem, które też kursują często. Jeżeli jakimś cudem jedziesz w miejsce, gdzie nie ma ani metra, ani tramwaju, z całą pewnością jeździ tam autobus, albo S-bahn, albo jeszcze jakiś inny rodzaj pociągów czy autobusów. I na to wszystko obowiązuje jeden rodzaj biletów. Poza tym metro intuicyjne, a na każdym przystanku wygłaszany jest komunikat jakie linie z niego kursują (tramwaje, metro itd.). Przy takim krótkim i intensywnym wyjeździe to ogromna zaleta.

Górny Belweder (Wiedeń)

Górny Belweder (Wiedeń)

Powoli skierowaliśmy się w stronę Belwederu, po drodze zahaczając o kilka innych miejsc (m.in. Kościół Polski, do którego nie dało się wejść i klasztor Salezjanek, gdzie do kościoła zajrzeliśmy tylko przez szybę, bo niestety też było zamknięte…). Z góry założyliśmy, że raczej nie będziemy wchodzić do muzeów, bo szkoda nam na to czasu i pieniędzy. Dlatego oglądaliśmy głównie to co było dostępne za darmo i np. w Belwederze spacerowaliśmy tylko po ogrodach, podziwiając budynek z zewnątrz. Dalej skierowaliśmy się w stronę Ratusza i Parlamentu. Po tych kilku godzinach chodzenia z plecakami byliśmy już nieźle zmęczeni, więc ruszyliśmy w kierunku hotelu. Hotel okazał się być na końcu świata, ale nie było trudno go znaleźć. Znacznie trudniej było zrozumieć recepcjonistę, który co prawda mówił płynnie po angielsku, ale miał silny niemiecki akcent, ale i to się udało.

Ratusz w Wiedniu

Ratusz w Wiedniu

Około 17:00 wyszliśmy ponownie w teren, z zamiarem zjedzenia czegoś i dostania się do Prateru. Jedzenie padło na bar w jednej ze stacji metra, gdzie sprzedawali całkiem dobrą pizzę na kawałki. Pizza na kawałki to jest w ogóle powszechna rzecz, można ją tam dostać na co drugim rogu i smakuje naprawdę nieźle. Po drodze do Prateru przeszliśmy się obok Domu Hundertwassera i Domu Sztuki. Tutaj pożałowałam, że jest tak późno, bo chciałam wejść do znajdującej się naprzeciwko Domu Hundertwassera „Village”, ale właśnie zamykali.

Hundertwasserhaus, Wiedeń

Hundertwasserhaus, Wiedeń

Wieczorna wizyta w Praterze była za to świetnym pomysłem. Obowiązkowym punktem programu było przejechanie się tym słynnym diabelskim młynem, co oczywiście zrealizowaliśmy. Piękna panorama na oświetlone miasto i mieniący się kolorami Prater. Warto! Gdybym była tam ponownie przejechałabym się jeszcze raz, w dzień. Był wieczór w środku tygodnia i po sezonie, więc nie było zbyt wielu ludzi i mogliśmy się w spokoju przespacerować między kolorowymi karuzelami.

O autorze
Dominika Polok
Urodziła się w Święto Niepodległości Mongolii. Wielka miłośniczka herbaty. Ubolewa, że jej ulubiony gatunek zniknął z rynku ale dzielnie wynajduje nowe herbaciane smaki, którymi osładza swój ból rozstania z Goldem. Do herbaty najlepiej pasuje książka. A jeszcze lepiej kryminał. Chmielewska i Christie rozpanoszyły się w jej biblioteczce. Kiedy nie czyta zwiedza Polskę. Czasami krajoznawczo, czasami koncertowo. Na Europę też już się porwała. Ukraina nie raz przetrwała jej turystyczny nalot, wszystko z miłości do tego kraju. Przede wszystkim kocha swój Śląsk, ale ma też duży sentyment do stolicy Dolnego Śląska. Umie też osiągać różne szczyty. Szczególnie głupoty i górskie. Planuje nawiedzić Szwedów i odwdzięczyć się im za potop, dlatego też pilnie studiuje wszystko co dotyczy Skandynawii. A oni, nieświadomi niczego, jeszcze nawet się nie zaczęli bać.

Zobacz też