Kraj w budowie – migawki z podróży po południowej i wschodniej Gruzji

Autor: Anna Śliwa, Licencja: Copyright

Akhaltsiche było naszym największym zaskoczeniem w Gruzji. W przewodnikach mogliśmy przeczytać tylko, że jest tu mocno zniszczone stare miasto z meczetem i dzielnicą arabską. Tymczasem naszym oczom ukazała się górująca nad nową zabudową twierdza, której mury aż biły po oczach nowością. Okazało się, że całe stare miasto „al Rabati” zostało gruntownie wyremontowane, a otwarto je zaledwie tydzień wcześniej. Rozmach przedsięwzięcia jest potężny. Cały kompleks podzielono na 2 części, dolną ogólnodostępną, gdzie znajdują się restauracje, kawiarnie i sklepy oraz górną muzealną, do której obowiązują bilety wstępu. Odtworzono wygląd miasta z XVII-XVIII wieku, z meczetem, łaźniami, ogrodami oraz mieszkaniami urzędników. Spędziliśmy tu kilka godzin i wcale nie czuliśmy, że zobaczyli wszystko.

Zamek w Achalciche

Zamek w Achalciche

Kolejne zaskoczenie czekało na nas przy dworcu autobusowym. Siedzieliśmy pod sklepem posilając się chaczapurii zapijanym jakimś lokalnym słodkim specyfikiem, gdy nagle z drugiej strony ulicy pojawił się facet zapytujący gromkim głosem po angielsku czy nie chcemy się przypadkiem napić gruzińskiego wina. Jako, że znaliśmy już trochę lokalne zwyczaje na zwiady poszedł Łukasz. Szybko okazało się, że Zurab, bo tak się nasz gospodarz nazywał ma zupełnie pokojowe zamiary. Miał też pyszne wino od znajomka z Kachetii oraz chęć ugoszczenia przy niedzieli kogokolwiek, kto się nawinie. Nawinęliśmy się my oraz kilku jego kolegów z okolicy. I tak w małym sklepiku, nad świeżym gruzińskim chlebem, pieczonym kurczakiem, sałatką z pomidorów i ogórków, sosem tkemali oraz kawałkami melona zapijanymi oczywiście białym winem nalewanym z pięciolitrowego baniaka zacieśnialiśmy przez następnych kilka godzin przyjaźń polsko – gruzińską.

Na szczęście po owym zacieśnianiu pozostało nam jeszcze trochę zdrowego rozsądku żeby nie przyjmować zaproszenia do domu, gdzie gospodarz miał „jeszcze jeden baniaczek” ale rozpływając się w grzecznościach i podziękowaniach oddalić się na autobus. Po dojściu do siebie stwierdziliśmy, że gdybyśmy tam zostali, to chyba wyszlibyśmy dopiero kiedy trzeba by było jechać na lotnisko.

Tradycyjny wyrób wina gruzińskiego

Tradycyjny wyrób wina gruzińskiego

Dzięki temu mogliśmy poświęcić kolejne dwa dni na przejazd i zwiedzanie Kachetii, najważniejszego gruzińskiego rejonu winiarskiego. Nie mogliśmy ominąć podczas tej wycieczki udostępnionej do zwiedzania winnicy wraz z rozległymi piwnicami. W znajdującym się obok sklepie znowu czekała nas darmowa degustacja, tym razem wina czerwonego. Schłodzone, słodkawe uderzało do głowy bardzo szybko. I właśnie chyba to otępienie kazało nam się rozbić nad niemal wyschniętą rzeką, pod wysokimi topolami. Żałowaliśmy tego już kilka godzin później kiedy nadciągnęła burza z potężnym wiatrem. Dawno się tak nie bałam.

Sighnaghi

Sighnaghi

Nasza wizyta w Kachetii nie polegała jednak tylko na piciu wina. Zwiedziliśmy miedzy innymi katedrę w Alaverdii, która do wybudowania Sameby w Tbilisi była największym kościołem w kraju, a ostatniego dnia udaliśmy się do Sighnagi, miasteczka położonego na wzgórzu nad doliną Alazani. Tu remonty zostały już ukończone. Zabudowa wygląda jak spod igły. A widoki przypominają nie Gruzję, a włoską Toskanię.

Monastyr Alawerdi

Monastyr Alawerdi

Wieczorem z ciężkim sercem uświadomiliśmy sobie, że właściwie to koniec naszego wyjazdu. Ostatni dzień spędziliśmy w Tbilisi robiąc zakupy, zaglądając w miejsca, których dotąd nie odwiedzaliśmy, zachodząc do bardziej oddalonych dzielnic i na lokalne targi. Wjechaliśmy także do twierdzy Narikala otwartą kilka miesięcy wcześniej kolejką linową, a ostatnie pieniądze wydaliśmy na ostatni niestety w Gruzji posiłek. Tak jak wszystkie poprzednie był wspaniały.
A potem znów, tłok w autobusie, zielona trawka pod ruchomymi schodami na lotnisku i nocny wylot do domu.

Dzielnica Avalbarii z kościołem Metekhi i Samebą - widok z twierdzy Narikala w Tbilisi

Dzielnica Avalbarii z kościołem Metekhi i Samebą – widok z twierdzy Narikala w Tbilisi

 

Księżycowy krajobraz okolic Dawida Garedża

Księżycowy krajobraz okolic Dawida Garedża

 

 

O autorze
blank Anna Śliwa
Pochodzi z gór ale tak naprawdę zaczęła się nimi interesować gdy przeprowadziła się do Lublina. Dziś nie wyobraża sobie wakacji bez wędrówek z plecakiem. Poza tym jeździ dużo po Polsce i Europie (a ostatnio wypuszcza się nawet poza jej granice) zarówno zawodowo jako pilot i przewodnik górski jak i hobbystycznie. Interesują ja pogranicza kultur i ich wzajemne przenikanie. Zimowe wieczory spędza z dobrym kryminałem w ręce albo brzdąkając na ukochanej gitarze.

Zobacz też