Transylwania z Fogaraszami

Autor: Anna Śliwa, Licencja: Copyright

To nie tak miało być…

Kiedy patrzę w kalendarz aż mi się nie chce wierzyć, że od tego wyjazdu w Fogarasze upłynęły już prawie 4 lata. Był upalny sierpień 2009 roku. Plan opracowany od kilku miesięcy. 9 dni w najwyższych górach Rumunii i na koniec krótka wizyta w Sybinie, wszystko przemyślane i rozpracowane. Z Fogaraszami miałam niewyrównane rachunki sprzed roku, kiedy to spod ich zboczy odgoniło nas załamanie pogody z opadami śniegu. Teraz miało być inaczej.

Sybin - widok z wieży katedry ewangelickiej

Sybin – widok z wieży katedry ewangelickiej

Ekipa zebrała się całkiem spora. Tak się złożyło, że wśród znajomych pojawił się pomysł wyjazdu większą grupą i w dodatku za pomocą wynajętego busa co znacznie ułatwiło dostanie się pod same góry. Doczepiliśmy się więc z kolegą do tej grupy.

Już sam przejazd do Rumunii był fascynujący. Panowie kierowcy okazali się być totalnie nieświadomi tego, gdzie mają jechać. Mapy nie mieli, bo po co. Mieli za to GPS. Gdyby jeszcze umieli z niego korzystać… Ale, że na pokładzie zebrało się kilku przewodników to jakoś z tej sytuacji udało się wybrnąć. Słuchaliśmy tylko inteligentnych rozmów na temat tego, skąd tu się pip pip pip wzięły taaakie góry i jak tu zimą przejechać. Na co drugi odpowiedział „przytomnie”, że tu przecież śniegu nie ma bo to już tropiki. Oj ubaw mieliśmy z nich setny. Do momentu, kiedy się okazało, że szef nie dał im kasy na paliwo.

Koniec końców późnym wieczorem, już po ciemku dotarliśmy do Breazy, skąd następnego dnia chcieliśmy zacząć wędrówkę. Wyszliśmy za wieś nad potok i rozbiliśmy się klnąc setnie w wysokiej trawie usianej jakimiś dziwnymi kopcami. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy rano naszym oczom ukazało się pięknie wykoszone pole namiotowe…. dokładnie 50 metrów od miejsca, gdzie nocowaliśmy. Atrakcją poranka okazali się niespodziewani goście, którzy nocą nawiedzili nasz namiot. Dwa wielkie, pasiaste tygrzyki. Jeden zdążył już rozwinąć swoją sieć i złapać muchę. Próby skłonienia współspacza do zachowania się „po męsku” i usunięcia ich na zewnątrz zakończyły się fiaskiem, gdyż jak stwierdził „on się zawsze bał pająków”. Na szczęście w grupie objawiła się absolwentka biologii, która niemal w ekstazę wpadła jak zobaczyła nasze znalezisko.

O autorze
Anna Śliwa
Pochodzi z gór ale tak naprawdę zaczęła się nimi interesować gdy przeprowadziła się do Lublina. Dziś nie wyobraża sobie wakacji bez wędrówek z plecakiem. Poza tym jeździ dużo po Polsce i Europie (a ostatnio wypuszcza się nawet poza jej granice) zarówno zawodowo jako pilot i przewodnik górski jak i hobbystycznie. Interesują ja pogranicza kultur i ich wzajemne przenikanie. Zimowe wieczory spędza z dobrym kryminałem w ręce albo brzdąkając na ukochanej gitarze.

Zobacz też